DFMEA (Design Failure Mode and Effects Analysis) to analiza ryzyka błędów projektowych, wykonywana na etapie projektowania wyrobu – zanim powstanie proces, linia produkcyjna czy pierwsza seria pilotażowa. Jej głównym celem nie jest „wypełnienie tabelki”, ale zapobieganie problemom, które są najdroższe do usunięcia właśnie na etapie projektu.
DFMEA jest częścią szerszej metody FMEA. Jeśli chcesz poznać pełny kontekst, warto sięgnąć do naszego kompleksowego artykułu o FMEA.
W praktyce DFMEA odpowiada na bardzo konkretne pytanie: co może pójść nie tak z projektem wyrobu i jakie będą tego skutki dla klienta, systemu lub bezpieczeństwa? To fundamentalna różnica względem analiz prowadzonych później, gdzie reagujemy już na istniejące rozwiązania.
DFMEA wywodzi się z tego samego rdzenia co klasyczna FMEA, jednak jej zakres, sposób myślenia i moment zastosowania są inne. W projektowaniu margines błędu jest największy, ale jednocześnie koszt zmiany jest najmniejszy. To właśnie ten paradoks sprawia, że dobrze przeprowadzona DFMEA daje ogromny zwrot z inwestycji.
DFMEA a FMEA – podobieństwa, które bywają mylące
W praktyce wiele osób mówi po prostu „robimy FMEA”. Problem w tym, że nie zawsze mówią o tym samym. DFMEA to nie „inna tabelka”, tylko inne spojrzenie na ryzyko.
W DFMEA analizujesz:
– czy projekt spełnia swoje funkcje,
– co się stanie, jeśli nie spełni,
– jaki będzie efekt dla klienta, użytkownika lub systemu.
Arkusz DFMEA może wyglądać bardzo podobnie do innych analiz FMEA, ale sens jest inny. Tutaj nie interesuje nas, jak coś wyprodukujemy, tylko czy zaprojektowaliśmy to w sposób bezpieczny i funkcjonalny.
Częsty błąd to robienie DFMEA tak, jakby była PFMEA (Process Failure Mode and Effects Analysis), tylko „z wyprzedzeniem”. To nie działa. DFMEA wymaga myślenia funkcjami i scenariuszami użycia, a nie krokami procesu.
Kiedy to jest naprawdę potrzebne
DFMEA ma sens wtedy, gdy:
– projektujesz nowy wyrób,
– zmieniasz funkcję, materiał lub konstrukcję,
– wprowadzasz nowe rozwiązanie techniczne,
– ryzyko błędu może dotknąć klienta lub bezpieczeństwa.
Im większa zmiana, tym większa wartość DFMEA. W branżach takich jak automotive, lotnictwo czy medyczna, DFMEA jest standardem, bo problemy projektowe potrafią kosztować fortunę po wdrożeniu. Z drugiej strony, robienie DFMEA „dla świętego spokoju” w niezmienionym produkcie często kończy się kopiowaniem starych arkuszy i jest czystą papierologią.
Najlepsze pytanie kontrolne brzmi:
czy decyzje projektowe, które teraz podejmujemy, mogą w przyszłości spowodować realny problem u klienta?
Jeśli tak – DFMEA jest potrzebna.
Jak wygląda DFMEA krok po kroku
DFMEA zawsze zaczyna się od funkcji wyrobu. Nie od problemów i nie od błędów. Funkcja opisuje, co wyrób ma robić, najlepiej z punktu widzenia użytkownika albo systemu nadrzędnego.
Dopiero potem zadajemy pytanie: w jaki sposób ta funkcja może nie zostać spełniona? To są tryby uszkodzeń. Ważne, żeby nie mylić ich z przyczynami. Tryb to „co się stanie” (np. „przepuszcza wodę”), a nie „dlaczego” (np. „zła guma”).
Kolejny krok to skutki – czyli co to oznacza dla klienta. Czy produkt przestanie działać? Czy pogorszy się jakość? Czy pojawi się ryzyko bezpieczeństwa? Dopiero później analizuje się przyczyny związane stricte z projektem: tolerancje, materiały, koncepcję, interfejsy, układ konstrukcyjny. I na końcu planujesz działania, które zmienią projekt, a nie tylko „dodadzą kontrolę”.
Przykład DFMEA – obudowa elektroniki z uszczelką (wodoodporność)
Załóżmy, że projektujesz obudowę elektroniki (np. sterownik/czujnik), która ma spełnić wymaganie szczelności na poziomie np. IP (istotne: tu nie oceniamy, jak to będzie skręcane na linii, tylko czy sam projekt ma ryzyko, że przestanie być szczelny). Jedną z kluczowych funkcji wyrobu jest „zapewnić szczelność przed wnikaniem wody”. Jeśli ta funkcja nie zadziała, skutkiem może być zawilgocenie płytki, zwarcie, awaria u klienta, a w niektórych zastosowaniach nawet ryzyko bezpieczeństwa. To jest typowy temat DFMEA, bo źródłem ryzyka są decyzje konstrukcyjne: geometria rowka, dobór uszczelki, tolerancje, sztywność obudowy, sposób docisku. Poniżej masz uproszczony fragment logiczny DFMEA.
Funkcja: Utrzymać szczelność obudowy w warunkach użytkowania (wilgoć / rozbryzg / mycie / deszcz).
Tryb uszkodzenia: Uszczelnienie przepuszcza wodę (nieszczelność na styku pokrywa–korpus).
Skutki: Wniknięcie wody → korozja / zwarcie → brak działania urządzenia u klienta; potencjalnie reklamacja, przestój, ryzyko w zależności od aplikacji.
Przyczyny (projektowe):
-
Zbyt mały lub nierówny docisk uszczelki przez ugięcie pokrywy (za cienka pokrywa, brak żeber).
-
Zły dobór materiału uszczelki (np. zbyt duża trwała deformacja po czasie/temperaturze).
-
Tolerancje stosu (korpus, pokrywa, rowek) powodują lokalnie zbyt małą kompresję uszczelki.
Obecne zabezpieczenia (projektowe): model CAD z analizą interferencji/kompresji, założenia tolerancji, prototypowe testy szczelności, specyfikacja materiału uszczelki.
Działania zalecane (projekt zmieniamy „w konstrukcji”):
-
Przeprojektować rowek uszczelki (geometria, prowadzenie, ograniczenie przesunięcia).
-
Usztywnić pokrywę (żebra, zmiana grubości) tak, aby docisk był równomierny na całym obwodzie.
-
Zmienić materiał/typ uszczelki na odporniejszy na temperaturę i „compression set” (trwałe odkształcenie).
-
Doprecyzować tolerancje krytycznych wymiarów i dodać wymagania dla powierzchni styku (np. chropowatość/planarność), jeśli to wpływa na szczelność.
Żeby było jeszcze bardziej „namacalne”: zwróć uwagę, że w tym przykładzie nie analizujemy typu „operator za słabo dokręcił śruby” albo „na linii zabrakło uszczelki” — to byłby temat analizy procesu. Tu analizujemy, czy nawet przy poprawnym montażu projekt może doprowadzić do nieszczelności (np. bo pokrywa się ugina, a tolerancje zjadają docisk). I to jest esencja DFMEA: ryzyko wynika z projektu, więc działania też mają być projektowe.
Jaka jest różnica w ocenie ryzyka?
W DFMEA często spotyka się klasyczne oceny Severity, Occurrence i Detection. Coraz częściej jednak – zgodnie z wytycznymi AIAG-VDA FMEA Handbook – firmy przechodzą na podejście, gdzie ważniejszy jest priorytet działań, a nie sama „magiczna liczba” z mnożenia. Priorytet działań odpowiada na pytanie: „Czy z tym ryzykiem możemy żyć, czy MUSIMY coś zmienić w projekcie?”.
W praktyce i tak liczy się to, czy ryzyko ma sensownie zaplanowane działania. W DFMEA wysoka istotność skutku powinna zapalać lampkę ostrzegawczą nawet wtedy, gdy ryzyko wydaje się „mało prawdopodobne”. Projekt to moment, gdy masz największą kontrolę nad ryzykiem — później zostaje ci tylko gaszenie skutków.
Najlepszy test jakości DFMEA jest prosty: czy rekomendowane działania realnie zmieniają projekt (geometria, materiał, interfejs, zabezpieczenie funkcji). Jeśli kończy się na „dodać test końcowy”, to zwykle znaczy, że ryzyko zostało przesunięte, a nie rozwiązane.
Typowe błędy w DFMEA, które widzimy w firmach
Pierwszy błąd to robienie DFMEA za późno. Gdy projekt jest już zatwierdzony, nikt nie chce do niego wracać. Wtedy DFMEA staje się formalnością, a nie narzędziem.
Drugi problem to brak zespołu. DFMEA robiona w pojedynkę — czy to przez konstruktora, czy przez jakość — zawsze będzie niepełna. W praktyce potrzebujesz kilku perspektyw: projekt, jakość, testy/walidacja, serwis, czasem zakup (materiały), czasem aplikacja/field.
Trzeci błąd to kopiowanie starych DFMEA bez zastanowienia. To, że nazwa produktu jest podobna, nie znaczy, że ryzyko projektowe jest identyczne. DFMEA ma sens wtedy, gdy odnosi się do konkretnej architektury i funkcji, a nie do „rodziny wyrobów”.
Realne narzędzie biznesowe, a nie wymóg klienta
Firmy, które traktują DFMEA tylko jako „papier pod klienta”, same sobie odbierają wartość. Dobrze zrobiona DFMEA realnie:
– zmniejsza liczbę zmian po wdrożeniu,
– ogranicza reklamacje i koszty gwarancji,
– skraca czas gaszenia problemów po SOP.
Analiza uczy też zespoły myślenia „co może pójść nie tak” zanim pójdzie. To jest prosta, praktyczna korzyść: mniej niespodzianek w testach, mniej niespodzianek u klienta i mniej „wracania do deski kreślarskiej”, kiedy jest już za późno.
Jeśli połączysz DFMEA z sensowną walidacją (testy, próby środowiskowe) i późniejszą analizą procesu, budujesz podejście, które naprawdę stabilizuje rozwój produktu.
Podsumowanie
DFMEA ma sens wtedy, gdy jest robiona wcześnie, zespołowo i z myślą o realnym użytkowniku produktu. To nie jest dokument „dla audytu”, tylko narzędzie do wyłapania ryzyk, które wynikają z projektu i mogą uderzyć w klienta.
Jeśli analiza sprowadza się do „wypełnienia tabelki” – nie zadziała. Jeśli jednak wpływa na projekt (tak jak w przykładzie z uszczelką: geometria, sztywność, tolerancje, materiał), potrafi oszczędzić ogromne pieniądze i problemy.
Maciej Antosik – student zarządzania na Politechnice Wrocławskiej. Wspieram zespół Leantrix w realizacji projektów. Odpowiadałem m.in. za wdrożenie aplikacji konferencyjnej podczas Lean TWI Summit. Obecnie odpowiedzialny za marketing, jak również współdziałam przy tworzeniu Kaizen UP oraz podcastu Wiktora Wołoszczuka.
Poza studiami i pracą rozwijam się jako trener personalny oraz profesjonalnie trenuję dwubój siłowy. Sport uczy mnie dyscypliny i konsekwencji, które wykorzystuję także w życiu zawodowym. Największą satysfakcję daje mi rozwój osobisty i realizacja długoterminowych celów, które wymagają odwagi i przekraczania własnych granic.
W wolnym czasie pasjonuję się gotowaniem, podróżami i muzyką – to dla mnie przestrzeń do kreatywnego działania i odkrywania nowych inspiracji. Uważam się za osobę ambitną i otwartą, zawsze gotową na kolejne wyzwania.















